Zjawił się pewien pacjent na SOR-ze.
- Panie doktorze, niech pan pomoże.
Na pewno słyszał pan co się stało?
Miałem dwa płuca. Jedno zostało.
Sprawa jest pilna. Już ledwo dycham.
Pan wie, kim jestem? Po prostu szycha.
Niech pan ratuje. Wnet się rozsypię.
Już przeciwnicy myślą o stypie.
Był taki jeden co trzymał sztamę.
Dziś mnie porzucił i sieje zamęt.
Zamiast mnie wspierać, ruska onuca,
Odszedł. Pozbawił jednego płuca.
Modlił się ze mną, przede mną klęczał,
Dotychczas wszystko to mnie zawdzięcza.
Ja się od dawna dwoję i troję,
A ten wyskoczył nagle z Rozwojem.
Myśli, że będzie rządził beze mnie.
Niedoczekanie! Śni nadaremnie!
Syn marnotrawny. Na grill zaprasza.
Ale to będzie koniec Judasza.
Ten grill to miała być moja stypa?
Po trzykroć zdrajca! Nie cierpię typa.
Zaimponować pragnie kolegom,
Żre go ambicja i własne ego.
Ma nos Pinokia, kłamca i krętacz.
Za to co zrobił mnie popamięta.
Jeśli nie będzie szedł razem z nami.
Zginie! Niejedno ma za uszami.
Na łeb, na szyję lecą sondaże
I zagrożone są apanaże.
Dla rozłamowców nie ma litości.
Sam się przekona: siła w jedności.
Wierny pozostał Czarnek i Sasin.
On też niedługo będzie się łasił.
Wszedł mi w paradę, ale źle skończy.
Jak się nie uda, znów się przyłączy.
Ziobro też odszedł, ale powrócił.
Ci co odchodzą, kończą zaszczuci.
Kto śmiałby po mnie liczyć na schedę?
Zbawca Narodu jest tylko jeden!
© MKWD (Muzyczny Kabaret Wojtka Dąbrowskiego)