Unia Europejska jest konstrukcją wyjątkową. Nie jest państwem, ale nie jest też zwykłą organizacją międzynarodową. Coraz częściej wpływa na politykę energetyczną, klimatyczną, rolną, gospodarczą czy migracyjną swoich członków. Dla jednych jest to gwarancja wspólnego działania, dla innych – stopniowe ograniczanie suwerenności narodowej. Spór nie dotyczy już samej obecności Polski w Unii, lecz kierunku, w którym zmierza cała wspólnota. Zwolennicy głębszej integracji przekonują, że pojedyncze państwa nie poradzą sobie z wyzwaniami XXI wieku. Globalna konkurencja z Chinami, Stanami Zjednoczonymi czy Indiami wymaga wspólnego rynku, wspólnej polityki handlowej i wspólnych standardów. W świecie gigantów Europa może być silna tylko razem. Krytycy odpowiadają, że wspólnota zaczyna przypominać coraz bardziej scentralizowany organizm, w którym decyzje podejmowane są daleko od obywateli. Rozbudowane regulacje, biurokracja i coraz liczniejsze dyrektywy bywają postrzegane jako ograniczenie przedsiębiorczości i innowacyjności. Nie brakuje przedsiębiorców, którzy twierdzą, że więcej czasu poświęcają na dostosowywanie się do przepisów niż na rozwijanie swoich firm.
Nie oznacza to jednak, że problemem jest sama Unia. Problemem może być sposób korzystania z możliwości jakie daje. Fundusze europejskie mogą być impulsem rozwojowym albo wygodnym substytutem własnej strategii. Dotacje mogą pobudzać inwestycje, ale mogą również uzależniać od kolejnych programów pomocowych. Historia pokazuje, że trwały sukces budują przede wszystkim kraje inwestujące we własną przedsiębiorczość, edukację, naukę i innowacje, a nie wyłącznie korzystające z zewnętrznego finansowania. Warto również pamiętać, że rozwój gospodarczy nie jest jedyną miarą sukcesu. Unia stworzyła przestrzeń swobodnego przepływu ludzi, kapitału, usług i idei. Dzięki temu miliony Europejczyków zyskały możliwości, o których wcześniejsze pokolenia mogły jedynie marzyć. Jednocześnie otwarte granice przyspieszyły emigrację młodych i wykształconych ludzi z biedniejszych regionów Europy. Dla jednych była to szansa na lepsze życie, dla innych – bolesna strata kapitału ludzkiego.
Być może więc źle postawione jest samo pytanie: „bonus czy hamulec?”. Unia Europejska nie jest ani jednym, ani drugim. Jest narzędziem. Tak samo jak nowoczesna maszyna może zwiększyć wydajność pracy albo stać się kosztownym urządzeniem, z którego nikt nie potrafi właściwie korzystać. O przyszłości Polski nie zdecyduje przecież sam fakt członkostwa. O jej pozycji zadecydują przedsiębiorczość obywateli, jakość edukacji, poziom badań naukowych, sprawność państwa i odwaga podejmowania własnych decyzji. Nawet największe fundusze europejskie nie zastąpią dobrych pomysłów, ciężkiej pracy i odpowiedzialnych elit. Tak samo opuszczenie Unii nie rozwiązałoby automatycznie żadnego z naszych wewnętrznych problemów.
Historia uczy, że narody rozwijają się wtedy, gdy potrafią korzystać z nadarzających się okazji, nie tracąc własnej tożsamości i zdolności samodzielnego myślenia. Członkostwo w Unii Europejskiej może być ogromnym bonusem, jeśli pozostanie środkiem do realizacji naszych celów. Może stać się hamulcem, jeśli uznamy, że ktoś inny będzie za nas wyznaczał kierunek rozwoju.
Największym zagrożeniem nie jest bowiem ani Bruksela, ani Warszawa. Jest nim przekonanie, że przyszłość zależy wyłącznie od decyzji podejmowanych gdzie indziej. Naród, który przestaje wierzyć we własne możliwości zawsze przegrywa. Naród, który traktuje współpracę jako szansę, a nie zastępstwo własnych ambicji, potrafi wykorzystać nawet najtrudniejsze okoliczności do budowania swojej siły. I właśnie od tej postawy zależy odpowiedź na pytanie, czy Unia Europejska jest dla Polski bonusem, czy hamulcem rozwoju.