Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Historie równoległe – recenzja filmu

19-08-2026 21:01 | Autor: Katarzyna Nowińska
Krzysztof Kieślowski, Asghar Farhadi, Krzysztof Piesiewicz, Maciej Musiał, Zbigniew Preisner, Isabelle Huppert, Vincent Cassel i jeden film – „Historie równoległe”, który od minionego piątku można już oglądać w polskich kinach. Światowa premiera najnowszego działa irańskiego reżysera Asghara Farhadiego współprodukowanego przez Krzysztofa Piesiewicza oraz Macieja Musiała miała miejsce 14 maja bieżącego roku, podczas 79. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes. Film startował w konkursie głównym festiwalu, walcząc o Złotą Palmę, której finalnie nie zdobył (Złotą Palmę otrzymał film rumuńskiego reżysera Cristiana Mungiu „Fjord”). W zamyśle twórców dzieło miało być inspirowane „Dekalogiem” Krzysztofa Kieślowskiego. Muzykę do filmu skomponował Zbigniew Preisner.

W dniu premiery filmu zmarł Krzysztof Piesiewicz, co zdaniem wielu ma swój mocny symboliczny wymiar - człowiek, który współtworzył z Kieślowskim jego wielkie dzieła, odszedł w dniu, gdy ich wspólne dziedzictwo w interpretacji innego wybitnego, ale odległego kulturowo reżysera, wchodzi na wielki ekran. Trudno o bardziej kieślowską pointę. Krzysztof Piesiewicz, jak już wspomniałam, był obok Macieja Musiała, jednym z producentów wykonawczych filmu. Jednak znaczenie Piesiewicza dla powstania tej produkcji jest przede wszystkim ideowe i dramaturgiczne, bo to właśnie on przekonał Farhadiego, by ten podjął się dialogu z twórczością Krzysztofa Kieślowskiego. Wszystko zaczęło się od tego, że kilka lat temu Maciej Musiał, który jest wielkim wielbicielem twórczości Kieślowskiego (aktor pisał na temat dzieł wielkiego mistrza swoją pracę magisterską), skorzystał z okazji i kupił prawa do remake’u „Dekalogu”. Rozpoczęły się poszukiwania twórców, którzy byliby w stanie zmierzyć się z dorobkiem wielkiego polskiego reżysera. Gdy zwrócono się z propozycją do Farhadiego, ten z początku nie był zainteresowany i to właśnie Krzysztof Piesiewicz przekonał irańskiego reżysera do podjęcia wyzwania.

Asghar Farhadi należy do grona najważniejszych i najbardziej cenionych reżyserów współczesnego kina. Jego filmy, skupione na kruchości ludzkich relacji, moralnych dylematach i nieoczywistości ludzkich wyborów, przyniosły mu uznanie zarówno krytyków, jak i widzów na całym świecie. Jest twórcą wielokrotnie nagradzanym na najważniejszych festiwalach świata, dwukrotnym laureatem Oscara, zdobywcą Złotego Niedźwiedzia w Berlinie oraz nagród w Cannes. Jego dzieła są niezwykle inteligentne, sensualne i boleśnie niejednoznaczne.

Krzysztof Kieślowski uznawany jest za twórcę wręcz ikonicznego dla światowego kina autorskiego. Jego dziedzictwo przekracza granice języka, kraju i epoki. Ceniony przez krytyków, zachwycający festiwalowe jury i podziwiany przez innych najwybitniejszych twórców kina, zdobywał najważniejsze laury europejskiej kinematografii. Był artystą obdarzonym niezwykłą głębię spojrzenia.

Połączenie wrażliwości Asghara Farhadiego z duchowym dziedzictwem Krzysztofa Kieślowskiego od początku czyniło ten projekt wydarzeniem wielce obiecującym. Chodziło nie tylko o spotkanie dwóch wybitnych osobowości świata filmu, lecz także o niezwykle intrygujący dialog między dwiema wrażliwościami, kulturami i sposobami patrzenia na człowieka.

„Historie równoległe” są luźną adaptacją szóstej części „Dekalogu” Kieślowskiego, ale w filmie znajdziemy nawiązania, pośrednie lub bezpośrednie do wielu innych części słynnego cyklu. Na ekranie podziwiać możemy świetną grę w wykonaniu crame de la creme francuskiego kina: Isabelle Huppert, Vincent Cassel, Pierre Niney, Virginie Efira, a nawet Catherine Deneuve w niewielkim epizodzie.

U Kieślowskiego dziewiętnastoletni Tomek grany przez Olafa Lubaszenkę podgląda z rosnącą fascynacją Magdę (Grażyna Szapołowska), czyli kobietę mieszkającą w bloku naprzeciwko. Niewinne zauroczenie stopniowo przeradza się w bolesne doświadczenie miłości, pożądania i odrzucenia.

Farhadi osadza swą opowieść w Paryżu. Samotna, nieco ekscentryczna pisarka Sylvie, grana przez znakomitą Isabelle Huppert, obserwuje przez okno życie ludzi z kamienicy naprzeciwko. W dodatku chodzi dokładnie o mieszkanie, w którym mieszkała ona sama w dzieciństwie. Widzi trójkę pracowników studia dźwiękowego - Nitę, Nicolasa i Thea. Z kilku gestów, spojrzeń i przypadkowych sytuacji buduje własną opowieść o ich pragnieniach, romansach i zdradach. Tym sposobem ta całkiem zwyczajna i nieco nudna trójka twórców efektów dźwiękowych staje się bohaterami burzliwego romansu. Nita wciela się w famme fatale o imieniu Anna, noszącą do pracy kuse sukienki o głębokich dekoltach i malującą usta czerwoną szminką. Jej chłopak to Christophe, którym staje się Theo (młodszy z braci), a kochankiem żonaty szef – Pierre, czyli Nicolas. Akcja pełna wybuchów zazdrości i mordercze akty zemsty totalnie nie przypadły do gustu wydawczyni Sylvie, granej przez Catherine Deneuve, która wprost mówi podstarzałej pisarce: „w ten sposób nie pisze się już historii, ludzie są dziś bardziej racjonalni i nie popełniają na każdym kroku melodramatycznych gestów”.

Sfrustrowana pisarka postanawia wyrzucić niedokończone dzieło, ale zapiski trafią w ręce Adama – młodego złodziejaszka, który pracuje od niedawna jako pomoc domowa u Sylvie. Chłopak o bujnej wyobraźni pochłania rękopis w jeden wieczór i zaczyna fascynować się Nitą, ale tak naprawdę to Anną. Gdy fikcja zaczyna przenikać do świata realnego, a granica pomiędzy tym, co wydarzyło się naprawdę, a tym, co zostało wymyślone, coraz bardziej się zaciera, „Historie równoległe” zaczynają przypominać najznakomitsze dzieła Farhadiego. Irański reżyser bawi się naszymi oczekiwaniami, podpuszcza nas, sugeruje alternatywne zakończenia i trzyma nas w niepewności. Sytuacyjne absurdy i rozterki wewnętrzne rozemocjonowanych bohaterów wywołują jednak intrygującą mieszankę zażenowania. Tam, gdzie Kieślowski potrafił jednym spojrzeniem zostawić widza w stanie metafizycznego niepokoju, Farhadi czasem dopowiada, komplikuje, przewraca sytuację na drugą stronę – i jeszcze raz na kolejną.

Otrzymaliśmy film inteligentny z zaskakującymi zwrotami akcji, świetną grą doborowych aktorów, ciekawym punktem wyjścia, a jednak efekt końcowy jakoś rozczarowuje. Być może winne są wygórowane oczekiwania, które przed filmem stawiono, a być może po prostu twórczość Kieślowskiego w ogóle nie poddaje się żadnym liftingom. Może należy po prostu zapomnieć o tym, że „Historie równoległe” są inspirowane filmem Kieślowskiego, że to próba dialogu z wielkim mistrzem? Wtedy spojrzymy na ten film z zupełnie innej perspektywy.

Wróć