Nie jest to wystawa w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, tylko ciekawy projekt łączący sztukę, naukę, kosmos i muzykę. Podziwiać możemy ostatnią kolekcję obrazów namalowanych przez Wojciecha Fangora przed jego śmiercią. „Heweliszusz” to cykl malarski, który wielki mistrz stworzył w 2014 roku w Błędowie (wieś położona 60 km od Warszawy), gdzie mieszkał począwszy od 1999 roku. Te niezwykle oryginalne dzieła stanowią artystyczne zwieńczenie wieloletniej fascynacji Fangora kosmosem i astronomią. Inspiracją dla artysty stały się mapy nieba oraz ryciny gwiazdozbiorów z „Firmamentum Sobiescianum”, czyli słynnego atlasu nieba autorstwa Jana Heweliusza - wybitnego gdańskiego astronoma, kartografa nieba i jednego z najważniejszych naukowców XVII wieku.
Heweliusz próbował nadać kosmosowi porządek. Łączył gwiazdy w konstelacje, przypisywał im nazwy, przedstawiał je poprzez mitologiczne postaci i zwierzęta. Dla uczczenia zwycięstwa wojsk polskich dowodzonych przez króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem Heweliusz nadał nowo opisanej przez siebie konstelacji nazwę Tarcza Sobieskiego (Scutum Sobiescianum). Ponadto opisał jeszcze 9 nowych konstelacji –Lis (początkowo Lis i Gęś), Mały Lew, Psy Gończe, Ryś, Sekstans, Cerber, Góra Melanos i Mały Trójką. Tylko trzy ostatnie nie są już oficjalnie uznawane przez Międzynarodową Unię Astronomiczną, ale pozostałe spośród wymienionych tak, co oznacza, że spośród 88 uznanych dziś oficjalnie gwiazdozbiorów aż 7 zostało opisanych po raz pierwszy przez Jana Heweliusza.
Wojciech Fangor podjął próbę otwarcia tego uporządkowanego przez Heweliusza w XVII wieku kosmosu na wieloznaczność. Dzieła Fangora z cyklu „Heweliusz” są czymś znacznie istotniejszym niż ilustracyjnym eksperymentem. Powinniśmy raczej określić je jako dialog dwóch sposobów patrzenia w niebo. Heweliusz pytał: „Co znajduje się tam, w górze?” Z kolei Fangor pytał: „Co dzieje się z naszym widzeniem, kiedy patrzymy w nieskończoność?” I to drugie pytanie jest niezwykle „fangorowskie”.
Na pierwszy rzut oka obrazy z cyklu „Heweliusz” wydają się bardzo odległe od słynnych obrazów Fangora z lat 50. i 60., od wibrujących kręgów z rozmytymi krawędziami. Ale w rzeczywistości ich stworzeniu przyświecała to sama idea, to samo zainteresowanie artysty przekraczaniem granicy obrazu. Twórczość Fangora była nieustanną podróżą poza powierzchnię płótna w poszukiwaniu doświadczenia tego, co nieuchwytne i niedefiniowalne. Cykl obrazów prezentowanych na wystawie „STARS.FANGOR.SYLWESTROWICZ.” uznać należy za doskonałe zwieńczenie twórczości artysty, który przez dziesięciolecia eksperymentował z iluzją optyczną, który badał jak wpływać na percepcję widza i jak mało kto potrafił sprawić, że widz zaczyna dostrzegać coś, czego fizycznie na płótnie nie ma, na samym końcu swej artystycznej drogi zwrócił się ku najbardziej odległym obiektom, które człowiek może dostrzec – ku gwiazdom.
Patrząc w gwiazdy patrzymy tak naprawdę w zamierzchłą przeszłość. Światło gwiazd dociera do ziemi po setkach, a nawet tysiącach lat podróży. Każda obserwacja nieba jest więc obserwacją przeszłości. Człowiek od lat obserwując kosmos próbuje przekroczyć granice własnego poznania, czyli czyni to, co było wielką fascynacją Fangora.
Na ekspozycji zobaczymy również dzieła Arkadiusza Sylwestrowicza – artysty, który znał się osobiście z Wojciechem Fangorem. Artyści wykazywali spore wzajemne zainteresowanie swą twórczością. Sylwestrowicz wraz z Krzysztofem Polkowskim, ówczesnym dziekanem wydziału malarstwa, a później rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku doprowadził do przyznania Fangorowi tytułu doctora honoris causa tejże uczelni. Na tę specjalną okazję powstał film dokumentujący życie codzienne Fangora oraz jego proces twórczy podczas pracy nad cyklem „Heweliusz”, czyli u schyłku życia artysty. Film wyświetlany jest na ekranie ustawionym na końcu sali ekspozycyjnej.
Oglądanie prezentowanych na wystawie dzieł Sylwestrowicza jest niezwykle sensualnym doświadczeniem, ale wymaga od widza uważności i cierpliwości. Pozornie minimalistyczne, monochromatyczne kompozycje dają nam wiele możliwości interpretacyjnych. Tak, jak w przypadku słynnych kręgów Fangora, to co widzimy zmienia się w zależności od naszej pozycji względem obrazu i w zależności od oświetlenia.
Ostatnim elementem projektu jest instalacja dźwiękowa przygotowana przez Arkadiusza Sylwestrowicza i Jacka Grudnia. Powstała ona z przekładu struktur wizualnych na strukturę muzyczną wyrażając w ten sposób idee synestezji, czyli doświadczenia percepcyjnego, w którym pobudzenie jednego zmysłu automatycznie i mimowolnie wywołuje wrażenie związane z innym zmysłem.
Projekt „STARS.FANGOR.SYLWESTROWICZ.” prezentowany jest w Centrum Bankowo Finansowym „Nowy Świat” codziennie w godzinach od 11 do 19 tylko do 16 sierpnia.
Z kolei w Muzeum Sztuki Nowoczesnej od 31 lipca podziwiać można prace innego wielkiego polskiego artysty XX wieku – Edwarda Dwurnika. Twórca sam siebie określał jako „chuligana dorastającego na prowincji”, bo rzeczywiście urodził się w Radzyminie pod Warszawą, ale niemal całe jego dorosłe życie związane było z Warszawą. Od 1983 roku aż do swej śmierci w 2018 roku Edward Dwurnik mieszkał i pracował na Sadybie.
W świecie sztuki, który tak często poszukuje harmonii, wyrafinowania i formalnej perfekcji, Dwurnik pozostaje artystą niemal ostentacyjnie niepokornym, nie dającym się łatwo uładzić. Jego obrazy nie chcą być piękne w klasycznym sensie. Dwurnika nie interesowała Polska odświętna, wypolerowana i gotowa do zawieszenia na reprezentacyjnej ścianie. Interesowała go Polska codzienna - spocona, zmęczona, rozgadana, śmieszna, czasem żałosna, a jednak na swój sposób wzruszająca. Polska ludzi, których historia zwykle umieszcza na dalszym planie. Polska kolejek, stadionów, ulic, zakładów pracy, podwórek i anonimowych tłumów.
Wystawa „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” w MSN skupia się na dorobku artysty z lat 70. i 80. XX wieku i prezentuje dzieła z dwóch jego głośnych cykli malarskich – „Sportowcy” oraz „Robotnicy”. Ekspozycja jest czymś znacznie więcej niż kolejnym powrotem do twórczości jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów XX wieku. Jest ona bowiem próbą odczytania pracy Dwurnika z perspektywy emocji towarzyszących przemianom społecznym w Polsce w drugiej połowie XX wieku - podejmuje temat kluczowy dla polskiej tożsamości w ostatnim półwieczu, jakim było doświadczenie awansu społecznego i głębokich przemian klasowych.
Dwurnik miał niezwykły dar obserwowania. Nie był to jednak wzrok fotografa. Jego spojrzenie było raczej rodzajem bezlitosnego, a zarazem czułego skanowania rzeczywistości. Dostrzegał człowieka w jego fizyczności, śmieszności, małości i wielkości zarazem. Deformował twarze, przerysowywał sylwetki, odbierał postaciom klasyczną godność, by w zamian przywrócić im coś znacznie bardziej ludzkiego: prawo do niedoskonałości. Sam Dwurnik mówił o „żalu nad ich i swoją niedoskonałością”. Bo Dwurnik nie patrzył na swoich bohaterów z góry. Jeśli ich ośmieszał, to ośmieszał również samego siebie. Jeśli obnażał ich prowincjonalizm, małostkowość czy agresję, nie ustawiał się poza wspólnotą, lecz pozostawał jej częścią.
W salach wystawy człowiek szybko zaczyna rozumieć, że Dwurnik nie był jedynie kronikarzem PRL-u. Gdyby jego obrazy były wyłącznie dokumentacją minionego ustroju, dziś oglądalibyśmy je przede wszystkim z historycznym zainteresowaniem. Tymczasem one nadal potrafią niepokoić. Dlaczego? Ponieważ Dwurnik malował nie tyle system polityczny, ile ludzkie zachowania, które system jedynie ujawniał, wzmacniał albo deformował. W jego obrazach jest konformizm, pragnienie awansu, potrzeba uznania, lęk przed społecznym upokorzeniem, zazdrość, agresja, potrzeba przynależności. Są emocje, które nie zniknęły wraz z końcem PRL-u.
Niezwykle trafny jest tytuł wystawy – „Duma i wstyd”. Te dwa przeciwstawne sobie uczucia w polskiej historii społecznej potrafią występować jednocześnie. Można być dumnym z własnego awansu społecznego, ale jednocześnie wstydzić się miejsca, z którego się pochodzi. Można marzyć o wejściu do wyższej klasy społecznej i równocześnie odczuwać lęk, że własne pochodzenie zostanie rozpoznane. Można starać się wymazać i ukryć swe pochodzenie i swą przeszłość, a jednocześnie całe życie za tą przeszłością tęsknić. Dwurnik doskonale rozumiał te sprzeczności i jak mało kto potrafił je wyrazić w swej twórczości.
„Sportowcy” to cykl malarski liczący 274 obrazy, które Dwurnik namalował w latach 1972 – 1992. W 1972 roku, gdy cykl zaczął powstawać, rozpoczynała się w Polsce epoka Edwarda Gierka, czas „dobrobytu na kredyt”. W roku 1992, w którym artysta zdecydował się zamknąć serię, od kilku lat panował już w Polsce kapitalizm. Nazwa cyklu nie odnosi się bynajmniej do ludzi uprawiających sport (bo jakież sporty uprawiali Polacy w dobie PRL-u poza rozpychaniem się łokciami w kolejkach), ale do ludzi palących „Sporty”, czyli popularną w tamtych czasach markę papierosów. Jednak bohaterowie cyklu obrazów „Sportowcy” wcale nie tak często palą papierosy marki „Sport” lub w ogóle jakiekolwiek papierosy, ale sportu nie uprawiają w zasadzie nigdy. Niektórzy jednak noszą sportowe koszulki lub przyczepione do koszulek numery, jakby brali udział w jakichś zawodach. Tak naprawdę jednak wszyscy ci bohaterowie uprawiają jedną dyscyplinę – przetrwanie w tym kraju, w tych warunkach życia.
Z kolei obrazy, które powstały w ramach cyklu „Robotnicy” to nie tylko „malarstwo o robotnikach”, lecz obszerna (blisko 300 prac), wielowątkowa opowieść o polskim społeczeństwie między późnym Gierkiem, Sierpniem ’80, stanem wojennym a początkiem transformacji. Na płótnach, które powstały w ramach tej serii groteska nabiera ciężaru. Zaczyna być mniej zabawna, a bardziej cierpka. Robotnicy u Dwurnika mają zmęczone twarze, ale mają również swoje ambicje i frustrację. Mają dumę i poczucie krzywdy. Dwurnik odbiera historii jej oficjalny język i oddaje ją tym, którzy zazwyczaj nie mają możliwości opowiedzenia jej własnymi słowami. Dlatego jego malarstwo można czytać niemal jak wizualną socjologię emocji. Nie dokumentuje wyłącznie tego, jak żyliśmy. Dokumentuje również to, jak się ze sobą czuliśmy.
Największa siła malarstwa Dwurnika nie tkwi wcale w jego bezkompromisowej kresce, nie w ekspresyjnej deformacji, nie w monumentalności jego dorobku, lecz w niezwykłej zdolności uchwycenia człowieka w chwili, kiedy odpada z niego cała dekoracja, a prawda, choćby najskrzętniej ukrywana, wychodzi na jaw. Po obejrzeniu wystawy „Duma i wstyd” nie sposób nie zadać sobie pytania: „ile z tych Polaków doby PRL-u nosimy w sobie po dzień dzisiejszy?”.
Kuratorem wystawy jest Łukasz Ronduda, a oglądać można ją w Muzeum Sztuki Nowoczesnej do 28 lutego 2027 roku w godzinach pracy placówki, czyli od wtorku do czwartku oraz w soboty w godzinach od 11 do 19, w piątki w godzinach od 11 do 20 oraz w niedziele w godzinach od 11 do 18.