Zrobił się dym, który rozniósł się na całą Polskę. Pod naciskiem mediów doktorek złożył mandat radnego, zrezygnował z członkostwa w partii i zwrócił do kasy miejskiej 1,5 mln zł. Według danych Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, mediana miesięcznych wynagrodzeń na kontraktach wynosi 25 tys. 595 zł brutto, natomiast mediana wynagrodzeń lekarzy bez specjalizacji około 17 tys. zł brutto miesięcznie, czyli nieco ponad 200 tys. zł rocznie. Tyle mniej więcej powinien zarabiać Dawid K. Rekordowe dochody niektórych lekarzy wynikają m.in. z ustawy o działalności leczniczej z 2011 roku. To ta ustawa (wraz z Kodeksem cywilnym) legalizuje tzw. kontrakt, czyli świadczenie usług medycznych przez lekarza w ramach własnej działalności gospodarczej, zamiast na tradycyjnym etacie. Umożliwia to przyjmowanie nieograniczonej liczby zleceń z wielu placówek jednocześnie.
Cały nasz system tworzący służbę zdrowia to jedna wielka patologia. Od 1989 roku każda opcja polityczna rządząca państwem unika jak ognia zmierzenia się z ciężko chorym administracyjnym tworem, jakim jest NFZ. Żaden premier nie ma odwagi, by powiedzieć ludowi prosto w oczy, że dzisiaj, w dobie gospodarki rynkowej, darmowa służba zdrowia to fikcja. Żaden premier nie odważy się podjąć kluczowej decyzji (politycznej): idziemy drogą wyrąbaną w tym regionie przez naszych południowych sąsiadów. Wszak nie jest żadnym wstydem kopiowanie dobrych wzorców. Bo rząd Czech miał w 2008 roku na tyle odwagi, by uświadomić obywateli o fikcyjności darmowego leczenia i zmienił system. Polega on m.in. na wprowadzeniu SYMBOLICZNYCH stawek za wykonanie lekarskich świadczeń. Udający się do publicznej lecznicy obywatel Republiki Czeskiej powyżej 18 roku życia płaci za wizytę u lekarza pierwszego kontaktu 30 koron, czyli na nasze około 5 zł. Po zapłaceniu 90 koron (15 zł) każdy Czech ma niczym nieskrępowany dostęp do lekarzy specjalistów i nie musi miesiącami czekać na wizytę. Z opłat zwolnieni są zarabiający poniżej średniej krajowej oraz osoby, które leczą się przymusowo. Częste podwyżki wynagrodzeń definitywnie zahamowały odpływ czeskich medyków poza granice kraju.
W Polsce nie korzysta się z dobrych wzorców. Kilka dni temu zakończył się królewski mityng w Ascot, gdzie przez pięć dni rozegrano kilkadziesiąt gonitw. Organizatorzy musieli zmierzyć się z falą upałów, które nawiedziły wyspy brytyjskie. Temperatura przekraczała 34 st. C w cieniu, mimo to mityng rozegrano w całości. Jedynym ustępstwem było to, że choć mężczyźni byli zobowiązani przybyć w stroju formalnym (smoking, frak z kamizelką i cylinder) i musieli pozostać w nim do czasu przejścia orszaku królewskiego o godzinie 14 (największy upał), to w miarę upływu dnia mogli po raz pierwszy od wieków zdejmować marynarki i krawaty. Mimo upału rozegrano kilkadziesiąt gonitw z udziałem kilkuset koni. Nikt – ani jeden człowiek i ani jeden koń – nie doznał uszczerbku na zdrowiu.
W czwartek 25 czerwca, kilkadziesiąt godzin przed sobotnio – niedzielnym mityngiem, Tor Służewiec wpierw ogłosił, że w trosce o dobrostan koni i ludzi gonitwy rozpoczną się już o godz. 9 rano, by zaraz poinformować, że mityng został bezterminowo odwołany. Podniósł się huczek, że takie decyzje nie powinny być podejmowane „za pięć dwunasta”, no i co z nagrodami przypisanymi dla zwycięskich koni w tych dniach. Mocno poszkodowani zostali także trenerzy dowożący konie na Służewiec z terenu całej Polski, m.in. Michał Borkowski i Cornelia Fraisl, którzy w piątek zameldowali się z końmi na Służewcu, by na miejscu dowiedzieć się, iż muszą wracać z powrotem w sobotni upał na Dolny Śląsk ze swoimi umęczonymi podopiecznymi oraz ludźmi obsługi. W środowisku prawdziwe pandemonium, posypały się pretensje pod adresem organizatora gonitw, czyli Oddziału Służewiec Totalizatora Sportowego.
Tymczasem sprawa ma drugie dno. Okazało się, że tuż przed mityngiem stowarzyszenie „Prawnicy na Rzecz Zwierząt” skierowało do Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, w tym przewodniczącej Komisji Technicznej, do zarządu Totalizatora Sportowego, a także do ministra rolnictwa Stefana Krajewskiego wniosek o odwołanie gonitw zaplanowanych na 27 i 28 czerwca br. „Udało się!” – radowali się na FB członkowie stowarzyszenia. Rzeczywiście, udało się prawnikom – obrońcom praw zwierzątek zmusić organizatorów do poddania się dyktatowi i wprowadzić chaos. Oczywiście poparłbym ich dramatyczny apel (żądanie?), gdyby poza zwierzątkami zatroszczyli się także o dobrostan pracujących w pocie czoła trenerów, czy właścicieli koni wykładających co miesiąc ogromne kwoty na utrzymanie swoich podopiecznych. Gdyby państwo prawnicy, wyczuleni na los biednych zwierzątek wykorzystywanych i męczonych dla biznesu oraz ku uciesze gawiedzi, apelowali (żądali) o PRZENIESIENIE mityngu na inny termin, a nie jego odwołanie, poparłbym bez wahania.
Ale tego nie zrobili dowodząc, że szermowanie hasłem obrony praw zwierzątek nie idzie w parze z dbałością o interes innych. Mając w nazwie stowarzyszenia słowo „prawnicy” wydają się być groźni, więc nie dziwię się, że TS i PKWK wolały uniknąć starcia, bo gdyby – nie daj Bóg – coś się wydarzyło… Na mnie ani „prawnicy”, ani pozostała aktywistyczna hewra, nie robią żadnego wrażenia. Na stronie internetowej stowarzyszenia czytamy m.in. „Wierzymy, że znajomość potrzeb i wiedza na temat właściwych warunków bytowania zwierząt… przyczyni się do większego poszanowania ich praw przez członków naszego społeczeństwa”. W odniesieniu do konia, konkretnie konia wyścigowego, wiedza obrońców praw zwierzątek jest śladowa, by nie powiedzieć żadna. Czy odwiedzili kiedyś stajnię wyścigową na Służewcu, bądź na wrocławskich Partynicach? Nikt ich tam nigdy nie widział.
A szkoda, bo łacno przekonaliby się, że trenerzy i obsługa strzegą zwierząt niczym źrenicy własnego oka, a właściciele koni traktują je jak członków rodziny, zapewniając im – często za poważne pieniądze – wszystko czego potrzebują. Ja za zdrowie i dobrostan naszego Ironica i dwulatki Mangusty dałbym się pokroić na talarki. Oczywiście w każdej rodzinie może trafić się jakiś pryszcz, państwo prawnicy obrońcy praw zwierzątek z pewnością znają bulwersujące przypadki z własnego podwórka. Gwoli uzupełnienia ich wiedzy: koń wyścigowy bierze udział w gonitwie raz na trzy tygodnie i ściga się przeciętnie przez 1,5 min., po czym maszeruje do stajenki. Natomiast na tegorocznym mundialu 22 młodych mężczyzn przez ponad PÓŁTOREJ GODZINY, tonąc we własnym pocie przy ponad 30-stopniowym żarze (w Houston było prawie 40 st. C), daje z siebie wszystko. Skoro tak bardzo troszczycie się o niespełna dwuminutowy dobrostan konia, to może zatroszczycie się także o dobrostan ludzi – piłkarzy i skierujecie stosowny wniosek do FIFA, prezydentów USA i Meksyku oraz premiera Kanady.
Stowarzyszenia i fundacje mające bronić praw zwierzątek powstają niczym grzyby po deszczu. Dla wielu aktywistów jest to sposób na życie, bowiem prawie na każdej frontowej stronie internetowej „obrońców” widnieje apel o wsparcie, czyli o pieniądze. Pozyskiwane środki są jednak często przeznaczane na pokrycie grzywien, opłacanie kaucji oraz pomoc prawną dla osób zatrzymanych przez policję. Wielu z nich ociera się o terroryzm, jak np. aktywiści Ostatniego Pokolenia skazani przez sąd. Moim zdaniem, im bardziej radykalne działania, tym mniejsze poparcie społeczne dla ruchu aktywistów (osobiście nie przekażę złamanej złotówki). Co do Służewca, zarządzono, że odwołane gonitwy z niedzieli (plus Nagroda Ofira z soboty) zostaną rozegrane w piątek (3 lipca) od godz. 15.45, natomiast pula nagród z soboty zostanie przeniesiona na dodatkowy dzień wyścigowy w dniu 12 września.