Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Homo sovieticus vs homo europaeus

20-04-2016 20:41 | Autor: Mirosław Miroński
Wydawać by się mogło, że wprowadzony na tereny powojennej Polski gatunek homo sovieticus (łac. człowiek radziecki), ukształtowany przez doktrynę marksistowską, to rzekomo kolejny etap ewolucji człowieka rozumnego. No cóż, homo sapiens zadomowił się u nas i w wielu krajach na całym świecie na tyle dobrze, że należało przypuszczać, iż nic nie będzie mu w stanie zagrozić. Tymczasem nastąpiło jakby rozdwojenie jaźni, bo pojawił się gatunek homo europaeus (człowiek europejski), będący dla sovieticusa konkurentem.

Okazuje się, że nic na tym świecie nie jest trwałe. Nawet pozycja dobrze już wprowadzonego gatunku, przez długi czas dość pospolitego. Mamy bowiem do czynienia z ekspansją nowego, który poczyna sobie coraz śmielej przejmuje kolejne nisze zajmowane dotąd przez rozpowszechnionego tak u nas, jak i na świecie człowieka radzieckiego. Następuje proces podobny do znanego z prehistorii wyparcia neandertalczyka przez człowieka współczesnego. Czy zatem sovieticus podzieli los neandertalczyka? Wszystko na to wskazuje. W każdym razie, z takim zjawiskiem mamy do czynienia w naszym kraju.

Chociaż samo zniknięcie człowieka neandertalskiego wciąż budzi kontrowersje, faktem jest, że zniknął, a człowiek współczesny zajął jego miejsce i stał się gatunkiem dominującym. Jakie są więc przyczyny wypierania sovieticusa z terenu Polski? Czy będzie to proces „wchłonięcia”, jak głosi jedna z teorii wyjaśniających przyczyny zagłady prehistorycznego neandertalczyka? Jest to bardzo prawdopodobne, bo zarówno człowiek sowiecki jak i europejczyk zajmują tę samą przestrzeń ekologiczną. Jakie atuty posiada ten ostatni? Co pozwala mu wyprzeć poprzednika?

Europejczyk jest lepiej wyposażony, trafniej wyczuwa międzynarodowe koniunktury polityczne i lepiej spełnia oczekiwania określonych grup interesów. Zyskuje więc w oczach decydentów – najważniejszych graczy politycznych europejskich i światowych. Ma silne zaplecze, podczas gdy homo sovieticus traci swe dotychczasowe oparcie wraz ze słabnącą pozycja kolosa na wschodzie Europy, który wraz ze spadkiem cen ropy naftowej i gazu przeżywa trudne chwile. Ponadto homo sovieticus, powtarzający od lat te same wyświechtane slogany, stał się niewiarygodny dla większości społeczeństw. Wraz z coraz większym dostępem opinii publicznej do informacji (głównie za sprawą Internetu) głoszone przez niego „racje” są wypowiadane coraz cichszym głosem i trafiają w próżnię. Można to było zaobserwować w ostatnich wyborach w Polsce (prezydenckich i parlamentarnych), które wykazały, że pozycja sovieticusa słabnie.

Przypomina to los Fredericka Charlesa Kruegera znanego jako Freddy Krueger – postać z horroru „Koszmar z ulicy Wiązów”. Freddy Krueger jest straszny, ale na szczęście istnieje tylko w świecie fikcji, podobnie jak teorie głoszone i powtarzane przez ludzi sowieckich. Nie umieją oni wyjść poza raz narzuconą im rolę, tak jak budzący grozę Freddy Krueger nie może wyjść poza konwencję filmu grozy. Dlatego jest coraz mniej straszny i jego oddziaływanie na widza jest coraz mniejsze, tak jak kurczący się obszar wpływów człowieka sowieckiego. Za to przestrzeń dla homo europaeusa stale się powiększa. A nawet, gdyby jej zabrakło, nic nie stoi na przeszkodzie, aby stworzyć jakąś dodatkową. Najlepsze środowisko dla europaeusa to świat konsumpcji, pustych sloganów i braku wyższych wartości. Świat stale się zmienia, wraz z nim zmieniają się ludzie i ich potrzeby. Potrzebują nowych haseł, nowych idei. Spostrzegli to wielcy polityczni gracze w dryfującej „na lewo” Europie. Wyciągnęli właściwe wnioski – zamiast pozbawionego własnego rozumu i zdolności do samodzielnego myślenia sovieticusa, powtarzającego do znudzenia przebrzmiałe hasła: o demokracji, o jakiejś drodze do powszechnej szczęśliwości, o dyktaturze mas – wykreowali „ugładzonego”, nastawionego głównie na konsumpcję europejczyka. Postanowili dopuścić go do głosu. Został on po uprzednim „praniu mózgu” wyposażony w nowe hasła i jest wyrazicielem powszechnie obowiązującej w Europie poprawności politycznej. Głosi więc, że: dziura ozonowa jest zła, globalne ocieplenie jest również złe. Wyraża sprzeciw przeciwko dążeniom narodów do samostanowienia. Mówi: nie – wszelkim partiom prawicowym zarzucając im faszyzm, nacjonalizm, antysemityzm, ksenofobię i wszystko, co przyjdzie mu do głowy, w tym „hipernacjonalizm” – jak ogłosił w przebłysku „olśnienia” (nie wiadomo czym wywołanym) niejaki Bono z rockowego zespołu U2 – poprawny politycznie celebryta, „ekspert” w zakresie polityki międzynarodowej i wewnętrznej polityki Polski i Węgier.

Europejczyk poza tym ma powtarzać – nie: wobec tradycji chrześcijańskiej i wobec wszystkiego, co mogłoby zjednoczyć Europę wokół wspólnych wartości. Ma za to mówić „tak” – dla związków jednopłciowych, popierać aborcję, niemiecką politykę przyjmowania emigrantów muzułmańskich, zachwalać ostentacyjne i prowokacyjne masturbowanie się kobiet w kościołach katolickich (jak miało to miejsce w naszym kraju), popierać seks ze zwierzętami domowymi etc.

Europaeus ma też popierać udzielanie kredytów przez zachodnie banki m. in. Grecji i innym krajom dotkniętym kryzysem w celu jeszcze większego uzależnienia ich od tych banków. Ma wyrażać sprzeciw wobec propaństwowej polityki Orbana i reform podejmowanych obecnie w Polsce. Musi również popierać budowę gazociągu Nord Stream 2 – sprzecznego z interesem dziewięciu krajów europejskich (w tym Polski). Ta czysto polityczna inwestycja jest emanacją polityki niemieckiej, prowadzonej nad naszymi głowami, wspólnie z Rosją.

Homo europaeus najlepiej czuje się w cukierkowym świecie bez wartości, chyba że za takowe uznać umiejętność dostosowywania się do panującej koniunktury. Jest bardzo „elastyczny”, jeśli chodzi o światopogląd, pod warunkiem, że jest on zgodny z obowiązującą „salonową” poprawnością. Łatwo europeusem kierować. Wystarczy podsunąć mu „lukrowaną” przynętę i … nasz europejczyk staje się idealnym klientem, konsumentem. Teraz trzeba go tylko przekonać, że towar, produkt lub usługa są mu niezbędne do życia i do pełni szczęścia. – Bądź sobą! Kup taki to a taki produkt – krzyczą reklamy. Najlepiej dwa, a nawet trzy w jednym. Wszyscy już to kupili, nie bądź gorszy – zachęcają!

Nie każdy z nas ma odwagę wyróżniać się z tłumu. Mniej asertywni wolą więc kupić – być jak inni... Homo europaeus łatwiej daje się nabrać na taką formę reklamy niż człowiek rozumny, świadomy swojej tożsamości kulturowej.

Jaka zatem przyszłość czeka naszych „homo”?

W przypadku jednego jest to niewątpliwie spadek populacji, a w drugim przypadku można oczekiwać wzrostu. Czy jesteśmy skazani na zalew populacji „europaeus”?

Nie sądzę. Historia jest pełna przykładów, że ludzkość potrafiła znaleźć skuteczne antidotum na wszelkie „anomalie”. Co będzie tym antidotum? Trudno dziś wyrokować. Na pewno jednak europaeus nie zagnieździ się w Europie ani w Polsce na długo.

Mówi się, że rewolucje zjadają własne dzieci. Zapewne jest w tym dużo prawdy. Znane to i niepokojące zjawisko. Wystarczy przypomnieć sobie losy przywódców Rewolucji Francuskiej. Zawsze w podobnej sytuacji znajdą się tacy, którzy wszelkie wynaturzenia wytłumaczą i usprawiedliwią wyższą koniecznością. – Owszem, cierpią jednostki, ale liczy się przecież dobro ogółu. W imię dobra ogółu można, a nawet poświęcić interes pojedynczego człowieka…

Zawsze, kiedy słyszę takie słowa, budzą one mój sprzeciw. Czyż to nie jednostki tworzą ogół? Dobro ogółu powinno być wypadkową interesów jednostek. Podobnie, zjednoczoną Europę tworzą samodzielne, odrębne narody. Ich dobro też powinno być uwzględniane. Musimy o tym pamiętać – my, obywatele, a także ludzie którzy podejmują się rządzić w naszym imieniu.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA