Co pewien czas, z bardzo różnych przyczyn, metro lub jego część nie funkcjonuje. Normalna rzecz. Zdarza się. Trzeba mieć jednak trochę litości dla niedoszłych pasażerów, którzy na próżno pokonują kilkadziesiąt stopni (tam i nazad), aby dowiedzieć się, że stacja jest zamknięta. Ten wysiłek na schodach to jedno, ale istotna jest utrata czasu w porannym szczycie, gdy o spóźnieniu do pracy może decydować każda stracona minuta. Czy nie można by – przed (lub nad) zejściem do tuneli - wprowadzić sygnalizacji o czasowym zawieszeniu kursowania pociągów? Umieszczenie nawet najprostszego sygnalizatora uchroniłoby wiele osób od wysiłku dwukrotnego pokonywania kilkudziesięciu stopni schodów (brak schodów ruchomych), tylko po to, aby się dowiedzieć, ze metro – czasowo - nie kursuje.
Nasza linia kolei podziemnej była pierwszą w Warszawie, a na domiar złego, powstała w okresie wielkiej biedy, czyli w okresie przemian ustrojowych w naszym państwie. Inne były standardy przestrzeni publicznej i inne możliwości finansowe i materiałowe. Chwała Bogu, że wybudowano, to co wybudowano, ale po trzydziestu latach, to już nie wystarcza. Chciałbym, a myślę że nie jest to tylko moje marzenie, aby wejścia do tuneli metra na Ursynowie nie odbiegały od standardu nowych stacji (np. Płocka, Młynów, Księcia Janusza). Osłonięte od deszczu i śniegu; szklane, lekkie konstrukcje – prawie niewidoczne; na ważniejszych kierunkach – także schody ruchome; każda stacja wyposażona w windy (na obu krańcach peronów).
Nasze, ursynowskie metro budowane było na przełomie epok. Byliśmy dumni, iż pierwsza polska linia kolei podziemnej łączy naszą dzielnicę z centrum stolicy. To, wówczas, ponad trzydzieści lat temu był autentyczny powód do dumy. Gdy w rozmowie z jednym z projektantów zapytałem go o przyczynę nie zadaszenia wejść do metra odpowiedział, że nie zrobiono tego ze względów oszczędnościowych. Tak było rzeczywiście. W 2014 r. przygotowałem wniosek do „funduszu partycypacyjnego” w sprawie sfinansowania budowy zadaszeń nad ursynowskimi wejściami stacje metra. Koledzy widząc moje pismo stwierdzili, że nie ma to sensu, gdyż w budżecie Ursynowa na kolejny rok zapisane są odpowiednie kwoty na ten cel. Uwierzyłem. Minęło dwanaście lat, jak zadaszeń nie było, tak nadal ich nie ma. Oczywiście, możemy nadal cieszyć się z samego faktu istnienia metra na Ursynowie, ale nie tylko ludzie się starzeją i to co było wspaniałe trzydzieści lat temu, obecnie nie odpowiada obowiązującym standardom. Nie jesteśmy gorsi od innych; też chcielibyśmy mieć wygodne i bezpieczne wejścia do metra, a na początek - przynajmniej sygnalizację o jego awariach.
Jestem przekonany, że już najwyższy czas aby samorząd Ursynowa poważnie zajął się problemem niezbędnej (po 31 latach) modernizacji ursynowskich stacji kolei podziemnej. To jest problem, który dotyczy wszystkich mieszkańców. Dobrze, aby nasi przedstawiciele w Radzie Ursynowa o tym pamiętali!