Od bramy przy Puławskiej ciągnęły tłumy, dzisiaj oceniam frekwencję w tym dniu na ponad 20 tysięcy osób. Kasy, mimo że nie było wówczas elektroniki, tylko ręcznie zrywane bilety i ręcznie wypisywane przez kalkę triple, funkcjonowały bez zarzutu. Jako debiutant musiałem zadowolić się miejscem stojącym na wypełnionej po brzegi trybunie środkowej. O wstępie na honorową mogłem tylko pomarzyć. Od początku nie szło mi w grze, trafiłem dopiero porządek w czwartej gonitwie, poprzedzającej Derby. Wygrał arabski ogier Elfur bijąc pewnie wałacha Kredyt. Zapłacili mi wtedy porządek około 80 złotych, co nie wyrównało poniesionych strat. Przed gonitwą Derby (naonczas Nagrodą Przewodniczącego Rady Państwa) podszedłem w celach szpiegowskich do ojca i brata, którzy w towarzystwie znawców oceniali szanse poszczególnych uczestników wyścigu. Dowiedziałem się, że głównymi faworytami są ogiery Idrys i Tartar oraz wspaniała klacz Bostella. Pozostałym uczestnikom nie dawano żadnych szans.
Pętając się przy ojcu i bracie podsłuchałem jak pastuszek ze stajni prawi bukmacherowi Jurkowi Nabratowskiemu, jakoby po czerwcowej gonitwie Iwna dżokej Arkadiusz Goździk dosiadający faworyta Idrysa miał powiedzieć, że mocno podejrzany jest Durango, bo jadący na nim Lutek (dżokej Ludwik Buidens) „deptał jego Idrysowi po kopytach i wyraźnie nie chciał się ścigać”. Znawcy nie kupili „cynku”, dla nich Idrys, Tartar i Bostella były „pekao”, czyli pewne jak w banku. A mnie spodobało się słowo Durango, dźwięczna i tajemniczo brzmiąca nazwa miasta w dalekim Meksyku. Postanowiłem więc zagrać do Durango pięć „kos” z faworytami – Idrysem, Tartarem, Bostellą po dwa bilety i po jednej z Salto i Don Kichotem. Daglezję pojechałem w programie wyścigowym grubą kreską, dla mnie ta klacz nie biegła. Tymczasem Daglezja rozbiła towarzystwo w drobny pył wygrywając dowolnie o 7 długości od Durango. Trenowaną przez Andrzeja Walickiego klacz dosiadał Vasile Hutuleac, rumuński dżokej na stałe jeżdżący w Polsce. Trzeci był Salto pod dżokejem Bogdanem Ziemiańskim, ojcem Krzysztofa mającego dzisiaj własną stajnię „Niespodzianka”.
Za porządek Daglezja – Durango totalizator zapłacił prawie 4200 zł, za triplę, którą kończyła Daglezja, ponad 8 tysięcy, a z góry za Daglezję prawie 300 zł za 20-złotowy bilet. To były duże pieniądze, zarabiało się wtedy przeciętnie około 2 tys. zł. Rekordowy porządek trafił aż pięć razy znany komentator piłkarski Jan Ciszewski, który był fanem wyścigów. Tory na Służewcu miały na przestrzeni dekad wielu wiernych fanów, których nazwiska przewijały się na pierwszych stronach gazet. Jedną z nich była Joanna Chmielewska, słynna pisarka, znana przede wszystkim z powieści kryminalnych. Tak w „Autobiografii” wychwalała wyścigi konne: „Życie bez namiętności jest w ogóle do bani, to po pierwsze. A po drugie, akurat wyścigi mają mnóstwo zalet dodatkowych. Gracz pół dnia spędza na świeżym powietrzu, bardzo zdrowo, do gry nikt go nie zmusza, nikt nie wyrywa mu siłą pieniędzy z kieszeni, w przeciwieństwie do takiej, na przykład, knajpy, gdzie musi coś zamówić, bo darmo siedzieć przy stoliku nie pozwolą. Cały dzień na wyścigach może przetrwać, nie wydając ani grosza”.
To były złote lata Służewca, wyścigi były tak popularne i dochodowe dla Skarbu Państwa, że rozgrywano je poza weekendami także w środy. Byłem ze Służewcem wówczas i wtedy, kiedy w 2008 r. znalazły się nad przepaścią. Rękę konającemu Służewcowi podała państwowa spółka Totalizator Sportowy (TS). W maju 2008 r. ówczesny wiceminister skarbu Michał Chyczewski, mieszkaniec Ursynowa, doprowadził do podpisania umowy pomiędzy Polskim Klubem Wyścigów Konnych a TS, na mocy której spółka przejęła kompletnie zrujnowany tor służewiecki w 30-letnią dzierżawę. Gdyby nie upór Chyczewskiego zadłużony po uszy Służewiec zarósłby chaszczami, bądź został rozparcelowany pod budownictwo mieszkaniowe. Nad torem krążyła bowiem duża i bardzo wpływowa grupa sępów. Na wniosek Chyczewskiego minister Aleksander Grad odwołał w marcu 2008 r. urzędującego wtedy prezesa TS Jacka Kalidę, kontestującego przejęcie Służewca w dzierżawę i powołał na jego miejsce Sławomira Dudzińskiego, który widział korzyści dla TS płynące z umowy z PKWK.
Od tego dnia bywało różnie, ale czuło się, że wyścigi dołują. Coraz mniejsza liczba dni wyścigowych, nędzna i od 2008 r. nierewaloryzowana roczna pula nagród oraz mizerny obrót w końskim totalizatorze powodowały odpływ graczy ze Służewca. Najgorszy okres dla wyścigów konnych to lata 2018–24, kiedy oddziałem Służewiec TS rządził nominat tzw. dobrej zmiany. W zeszłym roku zaświeciło światełko w tunelu, ale nadal trudno było mówić o rozwoju wyścigów. Regres trwał. Miesiąc temu nieoczekiwanie zaprosił mnie na rozmowę Szymon Gawryszczak, wiceprezes TS, który z ramienia zarządu spółki przejął nadzór nad służewieckim oddziałem. Był to dla mnie lekki szok, bo od 2018 r. byłem w kontrze z TS. Rozmawialiśmy ponad godzinę, wyłuszczyłem czego oczekuje środowisko wyścigowe. Pytany potem przez kolegów jak odebrałem osobę wiceprezesa, twierdziłem, że moim zdaniem to pierwszy od lat decydent z TS, który nie jest wrogiem wyścigów konnych i chce coś dla nich zrobić. Nie wierzyli.
Mylili się. Oficjalny komunikat TS z ostatnich godzin brzmi: „ Łączna pula na nagrody w sezonie 2026 na Służewcu wyniesie 12 mln zł. To wzrost rok do roku o około 40 proc. Zarząd TS zdecydował także o jej corocznej waloryzacji. Jest to najwyższa pula jaką organizator przekaże na nagrody”. Ta nieoczekiwana wolta w górę z nagrodami to niewątpliwie robota wiceprezesa Szymona Gawryszczaka, ale klepnąć decyzję musiał zarząd. Na tym nie koniec dobrych wieści. Dojazd na wyścigi stanie się łatwiejszy dzięki dodatkowemu przystankowi i darmowej linii autobusowej. Podczas niemal połowy dni wyścigowych wejście będzie darmowe. O tym m.in. rozmawialiśmy z wiceprezesem Gawryszczakiem – to Służewiec ma ubiegać się o nowych widzów, a nie widzowie o wstęp na Służewiec. Powziął słuszną trafioną decyzję, która powinna zaowocować większą frekwencją w dni wyścigowe. Sezon wyścigowy 2026 rozpocznie się na Torze Służewiec w niedzielę 19 kwietnia.
W minioną środę po raz pierwszy miałem okazję rozmawiać z Pawłem Rabantkiem, do listopada ub.r. nowym dyrektorem O/Służewiec – Wyścigi Konne TS. Ciekawy gość, dosyć otwarty na pierwszy rzut oka. Oficjalnie potwierdził roczną pulę nagród w wysokości 12 mln zł, około 20 dni wyścigowych z bezpłatnym wejściem na tor, bezpłatny wstęp dla seniorów 65+ oraz dzieci do 13. roku życia. Poza tym trwają rozmowy z ZTM o bezpłatnym autobusie na wyścigi oraz ustanowienie przystanku na żądanie linii 504 w okolicy głównej bramy wjazdowej od ul. Puławskiej. W dniach wyścigowych gal (m.in. Derby, Wielka Warszawska) liczba punktów gastronomicznych ma wzrosnąć do 37, w tych dniach testowana będzie również sprzedaż numerowanych miejsc pod dachem trybuny środkowej. Priorytetem dla urzędującego dyrektora Toru Służewiec jest przywrócenie tego zabytkowego obiektu mieszkańcom Warszawy.
Aż 12 mln zł w rocznej puli nagród to zupełnie nowa perspektywa, przede wszystkim dla właścicieli koni – duża możliwość pozyskiwania nowych. Znając życie lada dzień objawią się grupy interesu, które będą chciały dzielić dodatkowe pieniądze, czyli jak w „Potopie” szarpać w swoją stronę postaw sukna, innymi słowy odkroić dla siebie największy kawałek tortu. Mam radę dla fundatora – wziąć kij i pogonić najbardziej zaradnych. Dodatkowe 4 miliony zł muszą zostać podzielone sprawiedliwie, tak by każdy mógł posmakować tortu. Tu nie może być lepszych i gorszych, mniej zaradnych i bardziej zaradnych. Mam nadzieję, że nie dojdzie do gorszących sytuacji. Reasumując, wygląda to dobrze, może nawet nadspodziewanie dobrze. TS uczynił bowiem znaczący gest pod adresem środowiska wyścigowego i samych wyścigów konnych. A już traciłem nadzieję, że może być lepiej. Pojawiła się jednak iskierka nadziei, a jak powiada stare przysłowie, nawet słaba nadzieja jest lepsza od rozpaczy.