Kiedy czytam o powolnym przejmowaniu rządów w Meksyku przez narkotykowe kartele natychmiast przychodzi mi na myśl pan Nayib Bukele, prezydent Salwadoru. Miguel Angel Felix Gallardo, niesławnej pamięci twórca meksykańskiego kartelu narkotykowego z Guadalajary, skazany na 37 lat więzienia za udział w porwaniu i zamordowaniu agenta amerykańskiej DEA, jako pierwszy dostrzegł, że Salwador jest idealnym miejscem bezpiecznego transferu ton narkotyków z Kolumbii ze względu na panującą korupcję w administracji rządowej, policji oraz wymiarze sprawiedliwości. Mały 7-milionowy kraj, graniczący z Hondurasem i Gwatemalą, szybko został opleciony przez narkotykową ośmiornicę – dwa najgroźniejsze gangi świata Mara Salvatrucha i Barrio-18. Jak bezwzględne i brutalne były to gangi może świadczyć fakt, że „sicarios” (płatni zabójcy) z Mara Salvatrucha byli wynajmowani przez organizacje przestępcze w Meksyku podczas wojen karteli.
Rząd Salwadoru próbował układać się z gangami – w zamian za zmniejszenie liczby zabójstw osadzeni w więzieniach gangsterzy trafiali do placówek o niższym stopniu rygoru, władze premiowały również dobrowolne zdawanie broni przez członków gangów. Nie na wiele się to zdało. Przełom nastąpił w 2019 r. kiedy wybory prezydenckie w Salvadorze wygrał Nayib Bukele, syn palestyńskich emigrantów. Obiecał rozprawę z gangami i jako jedyny w regionie dotrzymał słowa. Wymógł na salwadorskim parlamencie wprowadzenie tzw. Guerra Contra las Pandillas (wojna z gangami). Zawieszono prawa radców prawnych, wydłużono czas spędzony w areszcie bez postawienia zarzutów, rozszerzono uprawnienia organów ścigania, odebrano sędziom możliwość ustanowienia kaucji dla aresztowanych oraz wydłużono kary dla członków gangów – dla przywódców z 6-9 lat do 40-45 lat, dla pozostałych z 3 do 5 lat na 20 do 30 lat.
Aresztowań dokonywano na podstawie obserwacji – wystarczył gangsterski tatuaż, niewłaściwy ubiór lub cokolwiek, co mogłoby sugerować powiązania z organizacjami przestępczymi. Od wprowadzenia stanu wyjątkowego do jesieni 2023 r. aresztowano ponad 50 tys. osób. Po weryfikacji zwolniono i wypłacono zadośćuczynienia około 6 tys. osobom uznanym za niewinne. Jesienią 2023 r. dzięki trickowi Sądu Najwyższego Nayib Bukele mógł kandydować na drugą kadencję z rzędu, czego dotychczasowe przepisy zabraniały. Kampanię wyborczą prowadził przede wszystkim w mediach społecznościowych do znudzenia szermując hasłem: „Głosujcie na mnie, bo inaczej gangsterzy wyjdą na wolność”. W dniu 6 lutego 2024 r. ogłoszono wyniki – 85 proc. poparcia i 58 z 60 deputowanych do parlamentu. Wniosek prosty: umęczonym przez gangi obywatelom Salwadoru bardziej zależy na poczuciu bezpieczeństwa, niż na abstrakcyjnych i wyświechtanych pojęciach jak demokracja.
W celu uniemożliwienia gangsterom kontaktów ze światem zewnętrznym Bukele kazał wybudować największe i najlepiej strzeżone więzienie obu Ameryk. Ponad 20 tys. z 71 tys. już skazanych gangsterów trafiło do znajdującego się na kompletnym pustkowiu CECOT (Centro de Confinamiento del Terrorismo). Więzienie składa się z ośmiu budynków, każdy z nich ma 32 cele, w których mieści się 100 więźniów. Cały teren otoczony jest 19. wieżami strażniczymi i wysokim na 9 m murem, na którym zamontowano urządzenia elektryczne o napięciu 15 tys. Volt. Strażnicy mają na wyposażeniu wysokowydajne skanery prześwietlające ludzki kościec i wnętrzności. Najwyższej jakości urządzenia elektroniczne zaburzają sygnał telefonii komórkowej w promieniu 3 km. Stąd nie ma ucieczki, brakuje jedynie tablicy ze słynnym cytatem z „Boskiej Komedii” Dantego: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”.
Nayib Bukele planuje więzić gangsterów przez bliżej nieokreślony czas. Będzie to kosztowne dla państwowej administracji, ale z doniesień mediów wynika, że już ograniczono racje żywnościowe dla osadzonych do dwóch posiłków dziennie. Bukele namawia też rodziny, by dokładały się do utrzymania więźniów. Świat liberalny natychmiast przystąpił do zmasowanego ataku na prezydenta Salwadoru, wskazując na negatywne skutki jego działań dla demokracji w państwie, ale on się tym w ogóle nie przejmuje. Przedstawia gołe fakty. Ukrócenie wszechwładzy narkotykowych gangów jest zauważalne w wielu dziedzinach życia. Badanie wykonane w 2016 r. wykazało, że roczny koszt przemocy gangów w Salwadorze odpowiadał równowartości aż 16 proc. PKB. Dzięki radykalnym działaniom prezydenta wskaźnik zabójstw spadł ze 151 na 100 tys. mieszkańców w czerwcu 2019 r. do 8 w roku 2024. W kraju jest bezpiecznie, przedsiębiorcy zaczynają otwierać nowe punkty usługowe, a popularność prezydenta ma tendencję wzrostową.
Po poskromieniu gangów Bukele zabrał się za korupcję w urzędach, policji oraz wymiarze sprawiedliwości. Za kratami wylądowały setki skorumpowanych urzędników i policjantów oraz kilkunastu sędziów. Umęczony przez przestępczość kraj zaczął wreszcie oddychać pełnymi płucami – według danych Banku Światowego PKB w Salwadorze wzrósł w 2024 r. do 35,36 miliarda USD, zrównując się liczbowo z dwukrotnie większym sąsiednim Hondurasem. Chcąc nie chcąc, nawet oburzeni brutalnymi metodami prezydenta Bukele liberałowie musieli przyznać, że jego kontrowersyjne działania przynoszą efekty i wyciszyli się. Nie wiem jak innym, ale mnie metody stosowane przez prezydenta Salwadoru bardzo przypadły do gustu. Widać jak w soczewce, że liberalny wymiar sprawiedliwości w Europie to woda na młyn dla przestępców, terrorystów, oszustów i awanturników.
Niejaki Robert B., polski awanturnik, pasożyt i nierób, pojechał był ostatnio ze swoją bandą dymić w Berlinie. Banda wyposażyła się w krzyże oraz komiczne pseudo patriotyczne atrybuty i pod patriotycznym pretekstem zamierzała przemaszerować ulicami stolicy Niemiec. Banda i jej przywódca liczyli na bezkarność, z którą spotykają się w Polsce. „Zapomnieli” złożyć w berlińskim ratuszu – jak każdy inny organizator marszu masowego – wniosku o wydanie zezwolenia. To prosta demokratyczna procedura, tyle że nieco czasochłonna. Niemieckie władze słusznie uznały więc marsz z krzyżami za nielegalny i nasłały na „polskich patriotów” policję. Po wielu nawoływaniach o rozwiązanie marszu berlińska policja rozbiła dzielnych krzyżowców, a przywódcę bandy mocno poturbowała.
W Internecie zawrzało, „Prawdziwi Polacy” nie zostawiają suchej nitki na berlińskiej policji, porównując oczywiście funkcjonariuszy do gestapowców. Nie dociera do nich prosta prawda, że wystarczyło, by wódz Robert B. złożył prosty wniosek w berlińskim ratuszu. Wtedy tamtejsza policja nie rozbijała patriotycznego marszu, a wręcz przeciwnie – miałaby obowiązek osłaniania uczestników marszu przed ingerencją z zewnątrz. Nie zamierzam porównywać bandy „Prawdziwych Polaków” do salwadorskich gangsterów, ale nasuwa mi się myśl, że pewni ludzie – jak nie przymierzając Robert B. kpiący i lekce sobie ważący wszelkie zasady – szanują wyłącznie siłę. Obyczaj, przepis prawa, interes ogółu i wizerunek państwa są dla nich niczym rolka papieru toaletowego. Robert B. to cwaniak dużego formatu sprytnie udający prześladowanego patriotę, obrońcę ojczyzny (przed kim?) i grający na emocjach motłochu.
Niestety, stawiam butlę markowego koniaku przeciwko flaszce „jagodzianki”, że ten awanturnik i skrajny pasożyt zasiądzie po następnych wyborach w sejmowych ławach. Immunitet otworzy przed nim dużo większe możliwości dymienia, niż te, którymi dotychczas dysponował. I to jest dramat naszych liberalnych czasów. W mediach społecznościowych coraz częściej pojawia się informacja, jakoby chrapkę na poselski mandat miała także panna Blanka, córcia Roberta B. wielkiego patrioty i wodza „Prawdziwych Polaków”. O losie, ja już odpadłem...