Wspomniana wyżej pogodynka reklamowała m.in. piwo imbirowe, suplementy diety, kosmetyki i co tylko się dało. Bulwarówka donosiła, że zapowiadaczka pogody jest milionerką jeżdżącą srebrnym porsche. Pozostali przepowiadacze pogody, a namnożyło się ich dziesiątki, żyją na podobnym poziomie i bieda z pewnością ich nie ubodzie. Co w zamian za naprawdę dobre pieniądze otrzymuje widz? Przede wszystkim lans, lans i jeszcze raz lans. Dla mnie nr 1 w lansie jest obecnie jedna z długonogich pogodynek stacji Polsat o bardzo rzadkim imieniu. Natychmiast zmieniam program, bo wyrzucane z jej gardła (na głębokim przydechu) opowieści dziwnej treści, poprzedzające prognozę, mogą wywołać głęboką frustrację. Oprócz TVP SA, która ma na etacie m.in. znakomitą Marzenę Słupkowską, w każdej ze stacji trwa rewia mody w wykonaniu gnących się jak trzciny, tańczących przed ekranem i gestykulujących osobników obojga płci.
Jaką wartość ma prezentowany przez nich materiał? W większości mierną i miałką, podobnie jak prognozy przepowiadaczy gazetowych oraz sensatów internetowych. Prognozy te, ściągnięte ze strony internetowej Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, są przetwarzane na użytek własny i często uzupełniane sensacyjnymi newsami. Od 1972 r. bowiem to IMiGW zbiera, przechowuje, przetwarza i udostępnia krajowe oraz zagraniczne materiały pomiarowe i obserwacyjne. Czyli wkład własny danego medium w prognozy jest śladowy. W lutym 2020 roku Instytut przepowiadał suszę, którą zapowiadacze pogody na wszystkich frontach natychmiast przekwalifikowali na „największą suszę od zakończenia II wojny światowej”. Blady strach padł na nasze obywatelstwo, a przede wszystkim na rolników, którzy już zimą, na zapas, podnieśli larum domagając się wsparcia od państwa. Tymczasem lato nie przyniosło tropikalnych upałów, zaś jesień wręcz można było określić jako wyjątkowo mokrą.
W styczniu roku 2021 postraszono z kolei Polaków „Bestią ze wschodu” i temperaturami rzędu minus 30 – 35 stopni. Bestia chyba stchórzyła, bo nie odważyła się wtargnąć na terytorium naszego kraju. Skończyło się na temperaturach od minus 4 do plus 3. Zaraz potem kraj obiegła kolejna hiobowa wieść – do Polski zbliża się polarny front, który przyniesie siarczysty mróz rzędu - tym razem - minus 40 stopni! Część dzielnych zapowiadaczy potwierdziła ścinającą krew w żyłach informację i cel został osiągnięty. W tym dniu znacznie wzrosła ich oglądalność oraz słyszalność. Jako stary wyjadacz odporny na wszelką lewiznę wiedziałem, że nasz lud nie jest aż tak łatwowierny i podatny na kit, by rzucić się do sklepów i hurtowni i masowo wykupować produkty spożywcze, grzejniki olejowe, łopaty do odśnieżania, rękawice, gumofilce czy kufajki. Polski handel tym razem nie zarobił.
W tym roku tęgo sypnęło śniegiem, co nie powinno być niczym nadzwyczajnym zimą w naszej strefie klimatycznej. Od razu kilkoro przepowiadaczy przepowiedziało z wypiekami na twarzy kolejną zimę stulecia. Po trosze przepowiadaczy można tym razem usprawiedliwić, bowiem zdecydowana większość z nich to ludzie młodzi, którzy jeszcze nie liznęli prawdziwej zimy. Dla nich kilkudziesięciocentymetrowa pokrywa śniegu w miastach i mrozek poniżej minus 10 stopni to prawdziwy Armagedon. Dla mojego pokolenia taki mróz i taki śnieg to żart. W sylwestrowy wieczór 1978/79 r. Polska została sparaliżowana w całości. Sylwestra spędzałem w restauracji „Trojka” w PKiN. Nikogo nie interesowało co dzieje się na zewnątrz. Wychodzę nad ranem pijany w lakierkach i zastanawiam się gdzie jestem. Kupa ludzi wpadła w panikę, bo wokół żywego ducha, a o taksówce można było pomarzyć. Gdyby nie milicja, która uruchomiła wszystkie swoje radiowozy do rozwożenia ludzi, nie wiadomo czym ten śnieżny Armagedon mógł się zakończyć.
Nad ranem 1 stycznia w Gdańsku było już 50 cm śniegu, w Warszawie zaś 30 cm, a pokrywa śnieżna ciągle rosła. Przybywało przeciętnie 10-20 cm śniegu na dobę, a 6 stycznia jej grubość osiągnęła w Gdańsku 92 cm, zaś w stolicy ponad pół metra. W kierunku Warmii i Mazur samochody wymijały się w tunelach śnieżnych, których ściany osiągały wysokość dwóch metrów. Sypało do końca stycznia 1979 r. W ostatnim dniu tego miesiąca pokrywa śnieżna w Warszawie wzrosła do 70 cm, a temperatura spadła do ponad minus 30 st. C. Jeszcze w lutym grubość pokrywy śnieżnej wynosiła 118 cm w Szczuczynie. Najmroźniejszą zimę Polacy przeżyli w 1921 r., luty zaś zapisał się jako najzimniejszy miesiąc w historii polskiej meteorologii. Zanotowano temperatury minus 40 stopni. Padło wiele nieoficjalnych rekordów zimna, m.in. minus 45 stopni w Rabce i minus 48 stopni w Kąclowej koło Grybowa. Dzień wcześniej w Olecku zanotowano najniższą oficjalnie temperaturę na obecnych ziemiach polskich. Termometr na wówczas niemieckiej stacji meteorologicznej pokazał minus 42 stopnie.
Silny mróz spowodował zakłócenia w komunikacji kolejowej ze względu na pękanie szyn, co powodowało m.in. poważny problem z dostawami węgla. Do wielu budynków w miastach nie docierała woda z powodu awarii wodociągów, port morski w Gdańsku całkowicie zamarzł, a dwa statki zostały uwięzione w lodzie na wodach Zatoki Gdańskiej. Od 13 lutego zawieszono zajęcia we wszystkich szkołach w Krakowie, nawet wykłady na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tegoroczna zima, dużo mroźniejsza niż w poprzednich latach, zdaje się potwierdzać coraz częściej stawianą tezę, że tak zwane globalne ocieplenie to mit, z którego badania i gadania duża grupa ludzi uczyniła sobie sposób na godziwe życie. Zmiany klimatyczne – fakt, globalne ocieplenie – globalny kit.
Potężne śnieżyce coraz częściej nawiedzają Europę, USA, a nawet część Afryki Płn. Nawet Madryt, zaliczany do bardzo ciepłych miast Europy, jest w ostatnich latach często paraliżowany przez wyjątkowo obfite opady śniegu. W znaczeniu antropologicznym globalne ocieplenie stało się mitem, bowiem gazem mającym największy wkład w efekt cieplarniany jest bezdyskusyjnie para wodna, a antropogeniczne emisje CO2 to tylko drobny ułamek tych ze źródeł naturalnych. Krytycy teorii ocieplenia klimatu z winy człowieka uważają, że teoria ta nie ma żadnych potwierdzeń w postaci badań. Jej podstawą są dane pomiarowe temperatury z 1946 r., czyli okresu ekspansji światowego uprzemysłowienia. Jej zwolennicy nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego wówczas temperatura spadała pomimo szkodliwej działalności człowieka na rzecz rozwoju przemysłu.
Globalnym ociepleniem tłumaczy się też topnienie lodu w rejonach arktycznych, do znudzenia pokazywana jest góra lodowa, z której odpadają potężne kawały lodu. Ten sam obrazek pokazywany jest od niepamiętnych czasów, ostatnio trochę rzadziej. Tymczasem, jak mówią najnowsze badania, ilość lodu na Grenlandii była też krytycznie niska około 6000 lat temu. Fakt ten potwierdza tezę o cykliczności naturalnych procesów mających miejsce na naszym globie. Argument o łagodności klimatu sprzed tysięcy lat spowodowany nadmierną emisją CO2 do atmosfery nie ma przecież podstaw bytu. Dyskusja na temat „Globalne ocieplenie – prawda czy mit?” prawdopodobnie nigdy się nie skończy, bo to dla milionów ustawionych w tej „branży” ludzi świetny biznes. Liczę jednak na to, że jeśli w tym roku ponownie nastaną w Polsce tęgie mrozy zwolennikom sensacyjnej teorii coraz trudniej będzie jej bronić i nie będę musiał wysłuchiwać ich bredni.
Zdarzające się coraz częściej wpadki polskich prezenterów i pogodynek to przede wszystkim nadmierna gadatliwość, przejęzyczenia, niedobrane stroje i nachalny lans. Czego zdecydowanie brakuje polskim stacjom telewizyjnym? Moim zdaniem superwizji. Jest to proces wsparcia i rozwoju zawodowego, w którym superwizor (np. psychoterapeuta, językoznawca czy logopeda) obserwuje pracę telewizyjnego prezentera telewizyjnego i omawia z nim każdą tzw. niedoróbkę. Superwizja służy analizowaniu trudnych przypadków, dbaniu o komfort telewidza oraz zapobieganiu wypaleniu zawodowemu.