9 stycznia na kinowe ekrany wszedł „Dreams” – obrazoburczy film w reżyserii Michela Franco – jednego z najciekawszych dziś głosów światowego kina, bezlitosnego obserwator ciemnej strony ludzkiej duszy i społecznych pęknięć. Meksykanin nie boi się wzbudzać kontrowersji, nie boi się krytyki, ze strony tych, którzy nie potrafią jego dzieł właściwie czytać. Porusza tematy ważne, ale często trudne i bardzo bolesne. Nie waha się pokazać przemocy (vide „Nowy porządek”).
„Dreams” od samego początku wywołuje swego rodzaju dyskomfort psychiczny, który towarzyszy nam aż do samego końca. Jennifer (w tej roli rewelacyjna Jessica Chastain) to czterdziestoparoletnia, dystyngowana i niezwykle elegancka córka amerykańskiego miliardera, która wraz ze swym bratem prowadzi działalność filantropijną wspierającą młode talenty w Meksyku. To postać z ducha bowarystyczna, raz totalnie skupiona na poprawianiu swego samopoczucia, aby za chwilę popaść w beznadziejną melancholię. Fernando (w tej roli występuje zawodowy tancerz Isaac Hernández) to dwudziestokilkuletni niezwykle utalentowany, ambitny i bardzo pracowity tancerz baletowy. Fernando urodził się w ubogiej meksykańskiej rodzinie i uczęszcza na zajęcia do jednej ze szkół, którą prowadzi fundacja należąca do rodziny Jennifer. Podobno zakazana miłość smakuje najsłodziej. Czyżby? Tak, ale tylko na samym początku, bo dość szybko słodycz przeradza się w gorycz.
„Dreams” nie tylko opowiada o namiętnym romansie, ale serwuje nam również wnikliwą analizę relacji międzyklasowych we współczesnych Stanach Zjednoczonych oraz stosunków amerykańsko – meksykańskich (mamy kilka scen pokazujących stosunek Amerykanów do Meksykan oraz sceny nielegalnej imigracji i sceny deportacji). Zdjęcia do „Dreams” zakończyły się jeszcze w 2023 roku, ale wypuszczenie filmu już po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu nadaje mu nowych znaczeń. Powróciła bowiem bezwzględna polityka migracyjna. ICE (Urząd Celno-Imigracyjny) dostało więcej zasobów i swobody, przez co znacząco zwiększyła się liczba deportacji - a film Franco rozpoczyna się właśnie od sceny nielegalnego przekroczenia granicy.
„Dreams” od samego początku wciąga, ogląda się go bardzo dobrze nie tylko ze względu na świetny scenariusz z zaskakującymi zwrotami akcji, ale też ze względu na doskonałą grę aktorską. Chastain to oczywiście klasa sama w sobie, ale Isaac Hernández partneruje jej znakomicie wcielając się w postać Fernando, mimo że Isaac nie jest aktorem, a tancerzem wypatrzonym przez reżysera na spektaklu teatru tańca. To prawdziwe aktorskie odkrycie!
Już od piątku, 16 stycznia, w kiach będzie można zobaczyć „Father, Mother, Sister, Brother”, czli najnowszy film Jima Jarmuscha, hipnotyzującego reżysera i osobliwego mistrza nurtu „slow cinema”. Reżyser i scenarzysta jednocześnie zadaje w nim wiele niewygodnych pytań, ale nie udziela na nie żadnej jednoznacznej odpowiedzi. Film „Father. Mother. Sister. Brother”, za który reżyser otrzymał Złotego Lwa na tegorocznym festiwalu w Wenecji opisać można jako niezwykle wnikliwe studium relacji rodzinnych.
Jarmusch przygląda się kruchym więziom łączącym rodziców z ich dorosłymi dziećmi, pytając, ile naprawdę o sobie wiemy, dlaczego czasem tak skrzętnie ukrywamy prawdę i dlaczego tak często wolimy żyć z dala od siebie. W typowy dla siebie sposób, czyli z humorem, a jednocześnie głęboką refleksją nad życiem, reżyser eksploruje temat skomplikowanych relacji w rodzinie.
Ten precyzyjnie skomponowany tryptyk filmowy to trzy odrębne historie rodzinne. Rodzeństwo Jeff i Emily składają wizytę mieszkającemu na obrzeżach New Jersey zdziwaczałemu ojcu, siostry Timothea i Lillith wpadają na doroczną herbatę do swej matki, znanej pisarki mieszkającej w Dublinie, a bliźnięta Skye i Billy po raz ostatni odwiedzają paryskie mieszkanie, w którym się wychowali i w którym do swej tragicznej śmierci mieszkali ich zwariowani rodzice. Każda z trzech rodzinnych historii opiera się na podobnym schemacie i w każdej powracają te same motywy w kolejnych iteracjach. Bohaterowie przyjeżdżają i odjeżdżają, rozmawiają o wodzie i o wznoszeniu toastu wodą, wyliczają rodzaje narkotyków, ktoś pokazuje zegarek Rolexa, ktoś używa zwrotu „Nowhersville”, ktoś wspomina o wuju Bobie (uncle Bob). Powracającym w każdej z trzech części ważnym wątkiem jest brak umiejętności rozmowy z najbliższymi, uciekanie w małoznaczące tematy, a pomijanie milczeniem fundamentalnych kwestii – tego co czujemy, czy jesteśmy w życiu szczęśliwi, czego nam brakuje.
Film jest dość prosty, ale bardzo refleksyjny i poetycki, jak to często u Jarmuscha bywa (vide „Paterson”, „Kawa i papierosy”). Oszczędny w zakresie użytych środków, ale hipnotyzujący stylem i niezwykle wciągający. Na ekranie zobaczymy takie gwiazdy jak Cate Blanchett, Adam Driver, Tom Waits czy Charlotte Rampling.
30 stycznia czeka nas polska premiera filmu „Wielki Marty”, jednego z najbardziej oczekiwanych tytułów 2025 roku. O filmie zrobiło się głośno przede wszystkim za sprawą niesamowitej roli Timothee Chalamet, który wcielił się w postać głównego bohatera. Za tę rolę młody aktor otrzymał już w minioną niedzielę Złotego Globa dla najlepszego aktora pierwszoplanowego w komedii. Obdarzony nietuzinkową urodą, czarujący Chalamet w tym filmie jest nie do poznania. Marty Mauser to bowiem chudy, pryszczaty chłystek ze szczurzym wąsikiem i w mało sexy drucianych okularkach. Aktor nie gra Marty’ego, ale po prostu się nim staje i na tym polega jego geniusz w tym filmie.
Bohatera poznajemy, gdy pracuje w sklepie obuwniczym swojego wujka, a w wolnym czasie, oczywiście, realizuje swą pasje, czyli grę w ping ponga. Chłopakowi mocno doskwiera nuda pracy w sklepie i nie specjalnie motywuje go obietnica rychłego awansu. Marty traktuje tę pracę jako dorywcze zajęcie, dzięki któremu zbierze pieniądze na wyjazd na kolejny turniej tenisowy. Już podczas tej pracy w sklepie daje się nam poznać jako nie lada cwaniaczek, który dla własnego użytku bajeruje zarówno klientki jak i swego szefa. Gdy nie dostaje na czas wypłaty, wyciąga pistolet i rabuje należne mu pieniądze. Marty jest bowiem wielce zaradny, wielce bezczelny i wielce zdeterminowany, aby osiągnąć założony przez siebie cel. Znane przysłowie: „Po trupach do celu” świetnie oddaje stopień zdeterminowania Marty’iego. Droga do mety jest jednak wyjątkowo kręta i wyboista, a bohater pakuje się w coraz to większe tarapaty. W pościgu za sukcesem jest bezwzględny, pyskaty i arogancki, ale pozwala się również upokorzyć. Chalamet’owi na ekranie partnerują tacy aktorzy jak Gwyneth Paltrow (doskonała rola), Odessa A’zion, czy Abel Ferrara.
„Wielki Marty” to film zaliczany do gatunku tzw. „dramatów sportowych”, ale sportu mamy tu bardzo niewiele. Faktycznie, historia rozpoczyna się i kończy pingpongowym pojedynkiem pomiędzy Martym a jego największym przeciwnikiem - Japończykiem Koto Endo. Pomiędzy tymi dwoma meczami rozciąga się barwna i pełna zaskakujących zwrotów akcji historia. Niewątpliwym sukcesem reżysera jest fakt, iż mimo że film jest długi, bo trwa dwie i pół godziny, to ani przez moment nie nudzi, a wręcz przeciwnie, utrzymuje duże zaangażowanie widza, aby na sam koniec zaserwować trzymający w napięciu finał. Fenomen postaci Marty’ego czy raczej aktorstwa Chalameta polega na tym, że pomimo tego, jak bardzo bezduszny, arogancki i egocentryczny jest główny bohater, nie możemy przestać mu kibicować. Razem z nim przeżywamy porażki i cieszymy się, gdy wreszcie mu się udaje.
Film Josh’a Safdie’go jest jednak czymś więcej niż tylko opowieścią o życiu sportowca. Jest historią o dojrzewaniu ambitnego i utalentowanego mężczyzny i o zmaganiach, które temu dojrzewaniu towarzyszą. Czy są w życiu sprawy i momenty, które spowodują, że nawet najwięksi egoiści postawią swe „ego” na dalszym planie?
Fot. pixabay