Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

ZDM, czyli Zbiorowe Dokuczanie Mieszkańcom

08-04-2026 20:37 | Autor: Tadeusz Porębski
Kto i po co „osłupkowuje” w Warszawie miejsca parkingowe? To dobre pytanie. „Idiotyzm”, „Nonsens”, „Utrudnianie życia mieszkańcom” – to tylko niektóre z opinii warszawiaków. Przykłady zupełnie niezrozumiałego stawiania słupów uniemożliwiających parkowanie można mnożyć. Marokońska z Libijską, Narbutta z Opoczyńską i u mnie pod domem – Niemcewicza z Tarczyńską, to lokalizacje gdzie zlikwidowano wiele miejsc parkingowych montując słupki. Weźmy Niemcewicza z jednokierunkową Tarczyńską. Naprzeciwko wjazdu w Tarczyńską zlikwidowano kilkanaście miejsc parkingowych, zaś naprzeciwko wjazdu z Narbutta w Opoczyńską kilka. Są to WJAZDY w ulice jednokierunkowe, które naprawdę trudno nazwać skrzyżowaniami. Wystarczyłoby ustawić znak „Zakaz zatrzymywania się” (B-36) i wjazd w ulice Tarczyńską i Opoczyńską nie generowałby żadnych problemów i nie stwarzał niebezpieczeństwa dla kierowców oraz pieszych. W opinii dziennikarzy TVP3 „ZDM często traktuje słupki jako ostateczność, jednak w wielu przypadkach blokują one miejsca, gdzie nie ma bezpośredniego zagrożenia”. To słuszna uwaga potwierdzająca powyższe przykłady.

Decydenci z ZDM twierdzą, że „każdorazowo decyzja o ustawieniu słupków jest podejmowana na wyraźny wniosek mieszkańców lub służb porządkowych”. Ja natomiast twierdzę, że rzekome wnioski mieszkańców to ściema ZDM, a tysiące słupków zamontowano niepotrzebnie, decyzję wydał ktoś kompletnie pozbawiony wyobraźni. W latach 2007-2015 ZDM zamontował w stolicy ponad 38 tys. słupków. Dzisiaj jest ich prawdopodobnie przynajmniej dwa razy tyle. Mam do „słupkozy” dwojakie podejście: z jednej strony słupki spełniają swoją rolę utrudniając zmotoryzowanej dziczy parkowanie gdzie popadnie, czyli blokowanie ulicznego ruchu, rozjeżdżanie trawników i niszczenie chodników. Z drugiej strony (jak wyżej) przynajmniej kilka tysięcy słupków zamontowano bez głowy i wyobraźni, a to mocno irytuje mieszkańców miasta.

ZDM w Warszawie jest instytucją, która w ostatnich latach przeszła wyraźną transformację w kierunku nowoczesnego zarządzania przestrzenią miejską, co często wiązało się z zatrudnianiem młodszych specjalistów i współpracą z aktywistami miejskimi. W strukturach ZDM istotną rolę odgrywają osoby nastawione na zmiany (tzw. „aktywistyczne” podejście), co prowadzi m.in. do zwężania jezdni na rzecz rowerzystów i pieszych oraz powolnego wykluczania z ruchu drogowego kierowców aut osobowych. Dyrektorem ZDM od lat jest młody Łukasz Puchalski, który promuje politykę „zrównoważonej mobilności”. Kierowana przez niego instytucja jest zdominowana przez młodych urzędników forsujących progresywne podejście do ruchu miejskiego, stawiające na komunikację zbiorową, rowery i pieszych, co budzi u części warszawiaków entuzjazm, a u zdecydowanie większej części opór i irytację.

ZDM, gdzie m.in. załatwia się sprawy komunikacyjne i parkingowe, został ulokowany na ul. Chmielnej, w samym sercu Warszawy. Bareja by tego nie wymyślił. Znalezienie tam miejsca parkingowego graniczy z cudem. Zalecam podróż pieszo, bądź środkami komunikacji miejskiej. Ostatnio musiałem się tam udać, co od lat wywołuje u mnie stres, a nawet gwałtowne rozwolnienie. Jestem szczęśliwym posiadaczem orzeczenia o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym (zrypany kręgosłup) oraz „niebieskiej karty”, która umożliwia parkowanie na „niebieskich kopertach”. Mam również nadany uchwałą rady miasta przywilej w postaci Karty N+ umożliwiającej bezpłatne parkowanie w całej strefie miejskiej. „Niebieska” jest wystawiona na mnie, natomiast N+ na mój samochód.

Aliści ostatnio los zrządził, że przydzielono mi samochód służbowy w spółce, w której jestem wybieralnym prezesem, pełniącym funkcję pro bono. Udałem się więc do ZDM, by moją Kartę N+ przepisano z mojego peugeota, którego już nie używam, na samochód służbowy, którego jestem wyłącznym użytkownikiem. Pierwsza wizyta spełzła na niczym, ponieważ dysponowałem tymczasowym dowodem rejestracyjnym (auto służbowe to nówka). Słusznie mnie pogonili, ale zanim to zrobili zapytałem, jakie dokumenty mam dostarczyć, by przywrócono mi mój przywilej. Okazało się, że muszę starać się o nową Kartę N+ i dodatkowo przedstawić umowę użyczenia od spółki, poświadczoną notarialnie.

Z ostrożności zadzwoniłem do ZDM przed kolejną wizytą. Męski głos oznajmił, że przymus notarialnego poświadczenia umowy użyczenia został zniesiony w maju ub.r. Zaniosłem więc umowę użyczenia bez notarialnego poświadczenia mając nadzieję, że będzie to koniec udręki związanej z kontaktami z ZDM. Nadzieje okazały się płonne. Dosyć sympatyczny urzędnik (nic do niego nie mam) przyjął dokumenty i trzymał mnie w poczekalni z pół godziny. Myślę dobie – dobra nasza, zaraz stąd wyjdę z nową Kartą N+. Wyszedłem, owszem, ale bez karty. Urzędnik poinformował mnie, że są wątpliwości i czeka na decyzję przełożonego. Po kilku minutach zjawił się ponownie i zaczął mętnie tłumaczyć, że dostarczona umowa użyczenia ma braki… Nie wytrzymałem, zabrałem dokumenty i opuściłem niegościnny budynek. Co zrobię w tej sytuacji?

Mam kilka rozwiązań. Udać się tam ponownie i żądać wyjaśnień, czemu jeden urzędnik poleca mi lecieć z umową do notariusza, a drugi mówi, że wymóg ten został w maju zniesiony. To jednak grozi awanturą, co w moim wieku i stanie zdrowia może grozić zawałem, którego wolałbym uniknąć, bo mam jeszcze w życiu coś do zrobienia. Pójść na najbliższą sesję rady miasta, gdzie zawsze jest obecny decydent z ZDM i w przytomności radnych, a może nawet prezydenta, zadać proste pytanie żądając prostej odpowiedzi: „Proszę autorytatywnie poinstruować mnie, jakie dokumenty mam dostarczyć urzędnikom ZDM w sprawie odnowienia Karty N+ na nowe auto, by ich zadowolić? Bo chcę ich zadowolić, ale nie potrafię”. Tak też uczynię, ale przedtem dla świętego spokoju wydam parę złotych i dostarczę umowę użyczenia poświadczoną notarialnie. Może doszukają się kolejnego błędu i znów odrzucą, miałbym wtedy na sesji rady miasta znacznie mocniejszą amunicję.

Warszawa jest jedyną stolicą kraju zrzeszonego w UE, która nie posiada miejskiego ratusza w jednym miejscu. Od czasów transformacji ustrojowej w państwie, a minęło już, dzięki Bogu, 37 lat, władcy stolicy nie potrafią nawet znaleźć odpowiedniego miejsca, nie mówiąc o budowie. Urząd m.st. Warszawy składa się z 39 biur, które pełnią funkcję głównych komórek organizacyjnych. Biura mieszczą się pod… 15 adresami! ZDM to adres nr 16. Jest to ewenement w skali Europy, o którym niestety rzadko się mówi, a jeszcze rzadziej pisze. Władze miasta, radni miejscy – od lat w podobnym składzie osobowym, śpią snem sprawiedliwego. Nie słyszy się nawet o planach budowy ratusza. Tak jakby był nikomu z decydentów niepotrzebny. A może tak faktycznie jest? Może komuś jest na rękę to, że pod 16. adresami funkcjonują udzielne księstwa rządzone przez udzielne książątka, z daleka od centralnego ośrodka władzy?

Nam, warszawiakom, w ogóle nie jest to na rękę. Raz, aby załatwić pewne sprawy można w kilka dni zedrzeć zelówki latając po Warszawie niczym przysłowiowy kot z pęcherzem. Dwa, taki bajzel nie służy transparentności. Trzy, to obciach dla unijnej Polski, że stolica dużego państwa członkowskiego nie posiada miejskiego ratusza. Nasz redakcyjny kolega prof. Lech Królikowski, wybitny varsavianista, autor kilkunastu książek o historii Warszawy, wskazał idealną lokalizację – teren po zachodniej stronie Marszałkowskiej, pomiędzy Świętokrzyską a Królewską po starych pawilonach z okresu PRL. Wydawać by się mogło crème de la crème – obok stacji przesiadkowej metra. Niestety, jak grochem o ścianę. Wybudowano tam wieżowiec.

Jestem warszawiakiem z dziada pradziada, przeżyłem moje miasto zgruzowane, odbudowywane przez władzę i czyny społeczne, mroczne czasy stanu wojennego i czołgi na ulicach. Warszawa zdecydowanie pięknieje, nowocześnieje i jest to plus dodatni, jakby ujął klasyk. Niestety, miejscy urzędnicy to problem – z biegiem lat coraz poważniejszy. Brak miejskiego ratusza jest coraz bardziej odczuwalny. Ulokowani w kilkunastu miejscach i pozbawieni bezpośredniego nadzoru prezydenta oraz wiceprezydentów urzędnicy zbyt często zamiast mieszkańcom pomagać utrudniają im życie. W dzielnicach, m.in. na mojej Ochocie, Mokotowie czy Ursynowie jest dużo lepiej, tam urzędnicy są bardziej przyjaźni. Nie wiem, czy doczekam miejskiego ratusza w stolicy, raczej nie, ale media, sygnaliści i organizacje pozarządowe powinny zacząć mocno naciskać w tej sprawie prezydenta i radnych miasta.

Ja, obywatel Warszawy, postuluję w imieniu zmotoryzowanych warszawiaków, w szczególności kierowców posiadających orzeczenie o niepełnosprawności, pilne przeniesienie ZDM w takie miejsce, gdzie załatwiając sprawę można by bez problemu bezpłatnie zaparkować auto na wytyczonym, należącym do ZDM parkingu. Dzisiaj załatwienie na ul. Chmielnej nawet prostej sprawy to droga przez mękę.

Wróć